Przygody pewnego archeologa na krańcu Europy...
poniedziałek, 14 maja 2007
Europorażka
Od kilku tygodni moi znajomi chodzili bardzo podekscytowani przygotowując się na wielkie wydarzenie sezonu - festiwal Eurowizji. Trwały gorączkowe przygotowania do sobotnich 'fancy dress party', typowanie faworytów, dyskusje nad rezultatami z minionych lat... Emocje dopadły nawet tych, którzy na codzień zarzekają się, że tego pokazu złego smaku nie oglądali od wieków. Wymówką było debatowanie na temat kto będzie/ nie będzie na nas głosowal (a raczej dlaczego nikt nie będzie głosowal na UK, bo nikt nie lubi Tony'ego Blaira za wojnę w Iraku).

Udało mi się uniknąć przyjęcia pod hasłem 'Czy leci z nami pilot?' (średnia wieku 35+, oczywiste nawiązanie do reprezentacji narodowej 'Scooch') oraz 'Kuchnia europejska' (25-, własciwy temat 'libacja europejska'). Niestety, po kilku tygodniach uprawiania slalomu z przeszkodami i wymigiwania się od kolejnych zaproszeń, mimo najszczerszych chęci unikncia znoszenia 3 godzin niczym nieskrępowanego kiczu, ostatecznie i tak spędziłam sobotni wieczór ogladając... 'Eurowizję' właśnie - a może powinnam raczej powiedziec 'Europorażkę'.

Ku uciesze gawiedzi było tam wszystko: akrobaci, połykacze ognia, głupiutka różowiutka Wróżka-Zębuszka, kosmici, Gringo z krwawiącym sercem, rdzenni Indianie Północnoamerykanscy rodem z Armenii, Gruzińscy wojownicy z plastikowymi mieczami, drzewo z papierem toaletowym zamiast liści...

Czego tam nie było?! Zabrakło jedynie:

Kolorowych jarmarków,
Blaszanych zegarków,
Pierzastych kogucików,
Baloników na druciku,
Motyli drewnianych,
Koników bujanych,
Cukrowej waty
I z piernika chaty.

I jeszcze odrobiny dobrego smaku oraz talentu muzycznego, po raz kolejny niestety...

No cóż, założę się, że w przyszłym roku będzie jeszcze ciekawiej! Nóżki, nóżki Panie i Panowie! Eins, zwei, Polizei...

Sprośne oblicze cnotliwego rycerza w lśniącej zbroi?

Poniższy wpis dedykuję wszystkim prawdziwym miłośnikom Wieków Średnich oraz tym, którzy ciągle postrzegają tamte czasy wyłącznie jako uosobienie niewinności, honoru rycerskiego i czystości duha.

(Uwaga, poniżej znajdują się treści ogólnie uznawane za obsceniczne, nieprzeznaczone dla nieletnich amatorów pikantnych ‘kawałków’).

Zacznijmy od przytoczenia dwunastowiecznego fragmentu poematu skomponowanego przez Bernarta de Ventadorn. Był on ulubieńcem średniowiecznej Europy i częstym gościem na dworze Eleonory Akwitańskiej (jak głosi plotka, także stałym bywalcem królewskiej sypialni). Jego poezja przez wieki podbijała serca nadobnych dam i szlachetnych rycerzy, a styl szybko znalazł wielu naśladowców w średniowiecznej Francji i Niemczech.

Quan la freid' aura venta/ Deves vostre pais,/ Vejaire m'es qu'eu senta/ Un vent de paradis/ Per amor de la genta / Vas cui eu sui aclis,/On ai mesa m'ententa/ E mon coratge assis/ Car de totas parties/ Per leis, tant m'atalenta.

Co w wolnym tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak:

Kiedy zimny wiatr wieje/ z twego kraju,/ zdaje mi się, że czuję/ podmuch z raju/ przez miłość słodkiej pani/ przed którą się kłaniam,/ w której pokładam mą wiarę/ i z którą złożyłem me serce,/ bo wszystkie inne/ porzuciłbym dla niej, tak mnie raduje.

To klasyczny przykład utworu nawiązującego do tradycji amour courtois. Doskonały warsztat literacki, kunsztowne metafory, delikatne piękno, miłość, kodeks rycerski… Powabna (i niedostępna) pani o czystym sercu, podziwiana z daleka przez szlachetnego młodzieńca… A teraz, dla porównania, krótki wierszyk, jaki w tym samym czasie ułożył pewien nieznany trubadur-żartowniś:

Quan lo petz del cul venta/ Dont Midonz caga e vis,/  Vejaire m'es qu'eu senta/  Una pudor de pis/ D'una orrida sangnenta/  Que tot jorn m'escarnis,/  Qu'es mais de petz manenta/  Que de marabodis/ E quan jatz [sus] son pis,/ Plus put d'autra serpenta.

Kiedy wiatr zagrzmi z tyłka / którym moja pani sra i pierdzi,/ zdaje mi się, że poczuję/ zapach szczyn/ obrzydliwej maciory/ co zawsze mnie zdoła wykiwać,/ która bogatsza jest w pierdnięcia niźli w klejnoty/ i gdy zalega w szczynach/ cuchnie gorzej niż inna gadzina.

Ten sam temat, język i styl, a jednak nie jest to powszechnie rozpoznawany utwór z cyklu poezji trubadurów!

A teraz cytat z ‘Księgi zagadek z Exeter’, spisanej około roku 1000, przez lata, jeśli nie wyklętej, to, co najmniej ignorowanej przez badaczy literatury staroangielskiej. I pytanie za sto punktów: czego dotyczy poniższa szarada?

Ic on wincle gefrægn weaxan nathwæt,  þindan ond þunian, þecene hebban.  On þæt banlease bryd grapode, hygewlonc hondum, hrægle þæhte  þrindende þing þeodnes dohtor.

Usłyszałem jak coś rośnie w kącie, nabrzmiewa i wzrasta; unosi swoje przykrycie. Młoda harda dziewka chwyciła dłońmi za tą sprężystą rzecz. Córa księcia nakryła szatą napęczniałą rzecz.*  

I jeszcze późnośredniowieczna ołowiana naszywka na ubranie znaleziona podczas prac wykopaliskowych w Londynie (znana jako ‘Kuciapka jedzie na polowanie’):

                                                          

Okazuje się, że nasi przodkowie wcale nie byli tacy święci. Tego typu wierszyki (a te należą do gatunku ‘łagodnych’) nie mają szansy trafić do kanonu lektur szkolnych. Przedmiotów podobnych do odznaki ze zdjęcia też raczej nie znajdziemy na wystawie w muzeum. Przez lata średniowieczne erotyki, sprośne rysunki i inne ‘niewygodne’ zabytki stanowiły sól w oku pruderyjnych uczonych i kustoszów. Upchnięte w najciemniejszych zakamarkach bibliotek, zamknięte w muzealnych gablotach, pokryte grubą warstwą kurzu nawet teraz wydają się stanowić tabu dla ‘poważnych’ akademików. Bywa, że od niechcenia wzmiankowane są niskonakładowym katalogu albo wysoce specjalistycznej publikacji. W przeciwnym wypadku pozostają poza obiegiem naukowym. Zresztą, można to w sumie zrozumieć. Wyobrażacie sobie, jakby wyglądała próba przeprowadzenia poważnej dyskusji naukowej na temat broszy w kształcie uskrzydlonego fallusa albo wiersza o Sir Sztywnym i rozwiązłej damie, która nigdy nie dość miała chędożenia? Ujmijmy to tak: byłoby to przedsięwzięcie, co najmniej, ryzykowne. Trochę tylko szkoda, że ‘sprośności’ –  niedocenione (choć poniekąd kontrowersyjne) źródło informacji na temat średniowiecznej umysłowości, poczucia humoru, erotyki i cielesności – zostały całkowicie zepchnięte na margines wiedzy. 
                            

*Rozwiązaniem zagadki jest oczywiście ‘ciasto’ (pewnie drożdżowe). A myśleliście, że co?! Oj, niegrzeczni, niegrzeczni ;-)

sobota, 12 maja 2007
Helpdesk

Widmo komputeryzacji krąży po naszym uniwersytecie. Teoretycznie wszystkie szkoły i centralna administracja najpóźniej do końca czerwca muszą się przestawić na pracę w SharePoincie i zaprzestać używania dysków sieciowych. Zachęca się nas także do planowania spotkań w Outlooku i przesyłania większości informacji drogą elektroniczną. Całość dokumentacji powinna być dostępna na serwerze, by a) przyspieszyć proces wymiany informacji, b) poprawić system pracy, c) wyeliminować problem niekontrolowanego rozmnażania się wersji tego samego pliku oraz d) ograniczyć ilość marnowanego papieru. Brzmi to nad wyraz rozsądnie, w dodatku podane jest wraz z bardzo atrakcyjną marchewką - każdy zaawansowany użytkownik systemu i administrator stron dostanie nowoczesny komputer z zainstalowaną Vistą. W ramach poprawy warunków pracy można nawet otrzymać oprogramowanie sterowane głosem. Wszystko pięknie, tyle, że...

Dziekan jednej ze szkół jeszcze nigdy nie odebrał żadnego maila. Jego super szybki i elegancki komputer od roku stoi w kącie gabinetu przykryty grubą warstwą kurzu. Moment instalacji systemu był jego pierwszym - i ostatnim - dniem pracy.

Jedna z moich koleżanek zabiła mnie wczoraj pytaniem, czy jeśli zachowa plik na komputerze w domu i nagra go na 'paluszka', to czy dokument otworzy jej się w pracy (bo dotąd używała tylko dyskietek).

Ktoś przez przypadek skasował całą zawartość strony bez zrobienia backupu.

Sieć bezprzewodowa traci sygnał średnio raz na 5 minut, a serwer przeżywa chwile załamania kilka razy w tygodniu.

Drukarki sieciowe psują się parę razy dziennie. Po drugie, ciągle brakuje w nich papieru i zszywek, a zapas może być uzupełniony jedynie przez uprawnionego technika. W dodatku, nawet jeśli maszyna zadziała, to w jej okolicach gromadzi się długa kolejka zniecierpliwionych użytkowników.

Dodzwonienie się do helpdesku graniczy z cudem...

Może to tylko moje złudzenie, ale wydaje mi się, że jeszcze upłynie trochę czasu zanim uniwersytet zaprzestanie zamawiania papieru i długopisów :)





niedziela, 06 maja 2007
Kawałek historii (dosłownie)

"He therefore hastily built a fleet of three thousand ships [...] and crossing the sea he landed at Pevensey where he immediately built a castle with a strong rampart. He left this in charge of some troops, and with others he hurried to Hastings where he erected another similar fortress"

William of Jumieges, c. 1070

Stara historia w nowoczesnej aranżacji... Koniecznie z dźwiękiem!

Brawo David ;)

(i brawo Wilhelm)

i jeszcze coś dla uzdolnionych plastycznie wielbicieli historii (tych małych i tych troszkę większych):

http://www.bayeuxtapestry.org.uk/BayeuxActivities.htm

sobota, 05 maja 2007
Głos w obronie tradycyjnych wartości

Mimo że nie jestem zbyt wielką fanką rewolucji, nigdy też nie uważałam się za osobę o konserwatywnych przekonaniach, a tym bardziej nie płakałam nad upadkiem obyczajów i zarzuceniem 'tradycyjnych wartości'. A jednak, w duchu ludowej mądrości 'nigdy nie mów nigdy', wydaję z siebie oficjalnie okrzyk 'O tempora, o mores!!!'.

Jest to wołanie o pomstę do nieba, które - niestety - pozostanie wołaniem na puszczy. Ale po kolei...

Ostatnio do naszych skrzynek uniwersyteckich trafił mail zachęcający wszystkich pracowników do wzięcia udziału w warsztatach o tajemniczej nazwie 'Lean University'. Znakomita większość moich znajomych informację zignorowała traktując ją jako kolejny spam z cyklu 'chcesz zarobić £10? uniwersytet poszukuje ochotników cierpiących na migreny' albo 'możliwe zakłócenia pracy serwera na kampusie X'. Duża część powiązała tytuł maila z 'WeightWatchers' i zignorowała go tym bardziej. Ci bardziej dociekliwi kliknęli na załączoną prezentację pod tytułem 'Lean Thinking'... i wciąż nie mieli pojęcia, czego właściwie dotyczyła zagadkowa wiadomość. Mi natomiast przebiegły po karku zimne dreszcze. Niespodziewanie znalazłam się w dość skromnej grupie osób, które mniej więcej wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi.

Zrządzeniem losu zdarzyło mi się spędzić wieczór w towarzystwie naszego Dziekana i kilku Doświadczonych Wykładowców. Nie tak dawno temu, w miłej atmosferze przytulnej azjatyckiej knajpki, nad stołem suto zastawionym przysmakami kuchni syczuańskiej, zgromadzili się reprezentanci czterech brytyjskich uniwersytetów. Jak to zwykle bywa w gronie akademików, rozmowa koncentrowała się wokół tematów mniej lub bardziej powiązanych z nauką. Zaczęliśmy od archeologii (brak środków finansowych na wykopaliska), zahaczyliśmy o krucjaty i sytuację na Bliskim Wschodzie, następnie zbłądziliśmy w kierunku walijskich nacjonalistów, by następnie zatoczyć koło i powrócić do problemu ubiegania się o granty na projekty badawcze. Przy kolejnej (czwartej lub piątej) butelce wyśmienitego Pinot Grigio konwersacja zeszła na temat bardziej ogólny, tzn. zarządzania (czytaj finansów) na uniwersytetach. Zasadniczo wszyscy zgromadzeni przy stole akademicy mieli podobne doświadczenia: coraz mniej pieniędzy, coraz mniej pracowników, coraz więcej obowiązków i perspektywa kolejnych cięć budżetowo-kadrowych. Zjawisko samo w sobie niezbyt zaskakujące, nie mówiąc, że doskonale znane także w RP Wszystkich Numerów (niestety, nie licząc chlubnych wyjątków takich jak Kazimierz Wielki czy Jadwiga Andegaweńska, inwestowanie w rozwój polskiej nauki nie należy do priorytetów rządzących). A jednak, pojawiła się jedna zasadnicza zmiana - zgodnie z najnowszymi trendami w zarządzaniu uniwersytetami w UK zaczęto stosować teorie i metody zaczerpnięte wprost od Rekinów Biznesu. Wyznawcy kultu nauki, niepoprawni romantycy zachłyśnięci ideą prowadzenia badań tylko dla samego faktu poszerzania wiedzy, strzeżcie się! Już wkrótce nie będzie dla was miejsca w nowoczesnym 'P.H.U. Dyplom dla Wszystkich'. Niebawem hasło 'Większa efektywność mniejszym kosztem'  zastąpi przebrzmiałe 'Dominus Illuminatio Mea' i 'Hinc lucem et pocula sacra'. Nadciąga 'Lean University'.

Pod tym tajemniczym hasłem i zbiorem górnolotnych sformułowań typu 'likwidujemy dziewiętnastowieczną biurokrację', 'podnosimy wydajność pracy' czy 'stawiamy na efektywność, profesjonalizm i kreatywne myślenie' kryje się wiele praktycznych skutków, z jakimi niebawem przyjdzie się zmierzyć szeregowemu wykładowcy.

Już teraz Senior Management większości uczelni mówi o 'Higher Education Busines', 'providing educational services', 'service users' i 'customers'. Cóż to oznacza? Otóż ja, jako 'service provider' (wykładowca) świadczę na rzecz 'service users' (studentów) - kosztowne z resztą - 'usługi edukacyjne'. Łatwo sobie wyobrazić, że ta komercjalizacja nauki zmierza w dość niebezpiecznym kierunku. Klient płaci, klient wymaga. W efekcie na naszym uniwersytecie w zasadzie nie można nie zaliczyć pierwszego roku. Przekłada się to także na sytuację, w której nie wolno mi oblać studenta, który tłumacząc się dysleksją oddaje na koniec semestru esej liczący trochę ponad pół strony A4 (w dodatku nie na temat). Nie wolno mi też zamknąć na głucho sali i pójść na kawę, mimo że po półgodzinie oczekiwania na seminarium nie pojawiła się ani jedna osoba.

 

Niestety, wirus 'postępu' szerzy się błyskawicznie. Epidemia nie tylko dotknęła Kadry Zarządzające, ale zdążyła także zaatakować umysły niektórych doktorantów. Jedna z moich koleżanek stwierdziła na przykład, że powinniśmy zlikwidować zajęcia z rysunku archeologicznego, jako anachroniczne i nikomu nie potrzebne. Według niej w dobie powszechnej komputeryzacji wpajanie studentom przestarzałej umiejętność rysowania ceramiki albo narzędzi krzemiennych jest wyłącznie 'absolutnie pozbawionym sensu marnotrawieniem czasu i pieniędzy'. Przecież mamy skanery i fotografię cyfrową! Poza tym, nie jest wcale prawdą, że każdy archeolog musi umieć wykonać plan stanowiska czy rysunek profilowy... Przyznaję, jej stwierdzenie mnie zamurowało. Ją natomiast najwyraźniej zszokował fakt, że nie podzieliłam tego rewolucyjnego entuzjazmu. Cóż, najwyraźniej należę do zacofanej (i pogardzanej) grupy zmurszałych tradycjonalistów.

 

Tym samym ja, zagorzały zwolennik 'zrównoważonego rozwoju' i z zasady umiarkowany liberał, odkryłam w sobie nieznane mi dotąd konserwatywne rysy charakteru. Czy to takie dziwne, że nie chcę zostać sprowadzona do poziomu usługodawcy rozliczanego wyłącznie z efektywności pracy (mierzonej liczbą usatysfakcjonowanych klientów), z kontraktem odnawianym co 6 miesięcy na podstawie atrakcyjności 'produktu edukacyjnego' i liczby publikacji? Oj, nie tak miała wyglądać moja upragniona kariera wykładowcy uniwersyteckiego...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14